Mapa

[Felix]  przyjrzał się mapie metra. Nie odzwierciedlała jego rzeczywistości.

Centrum to nie „Oxford Street”, tylko jasne światła Kilburn High Road. „Wimbledon” było wsią, „Pimlico” – czystym science fiction. […]

Kto tam mieszka? Kto chociaż tamtędy przejeżdża?

[Zadie Smith, Londyn NW]

Mapy, plany, atlasy. Papierowe, w formie książeczek i rozkładane, laminowane. Dwustronne i jednostronne. Uwielbiam.

W domu mam dwa kosze z mapami. Nie ma sensu chować ich w szafie, bo często je wyciągam. Otwieram. Myszkuję. Szukam. Planuję. Uwielbiam robić wycieczki palcem po szlaku i wyobrażać sobie jak kolorowe płaskie kreski stają się trójwymiarowym terenem. Uwielbiam śledzić trasy autobusów i tramwajów, zastanawiając się, co widać z okien w czasie jazdy, gdzie kończą bieg, jak wygląda ta zajezdnia/pętla.

W czasie wypadów rodzinnie planowaliśmy wycieczki. Mój brat wymyślał trasy górskie, a ja je weryfikowałam pod względem trudności. Do dzisiaj wspominają moje okrzyki „Ale poziomice, Młody, Ty widziałeś, jakie tu są PO-ZIO-MI-CE?!” – studziłam jego zapędy. W zagęszczonych elipsach widziałam oczyma wyobraźni nachylenie stoku, pojawiał się obraz gramolenia się po pionowej skale lub przyjemnego spaceru blatem grzbietu, ziejące przepaście lub szerokie doliny. Widziałam, czułam to pod palcami.

Jako studentka wyjechałam na kilkumiesięczne stypendium. Przed wyjazdem, siedząc na podłodze z planem miasta, gdy wyszukiwałam dogodnego zakwaterowania pod względem dojścia na uczelnię, zastanawiałam się, jak wpłynie na mój pobyt zamieszkanie w tym, a nie innym miejscu, mijanie tych a nie innych budynków. Która ulica stanie się moją ulubioną, jakich tras będę unikać, z czyimi losami przetną się moje szlaki? Który sklep zostanie ‚moim’, a który będzie zupełnie obcy?

Ten sam plan znalazłam niedawno. Płaska siatka ulic stała się momentalnie trójwymiarowa, wyrosły z niej budynki, znaczki zamieniły się w miejsca tętniące gwarem, pusty plac rynkowy wypełnił jarmark. Zapachy, dźwięki, faktura – wszystko to znowu poczułam. Od tamtej pory, oglądając mapę jeszcze obcego miejsca przed wyjazdem, czuję dreszcz oczekiwania na wypełnienie papierowych labiryntów treścią, ludźmi, brukiem, witrynami.

Oglądanie map jest już wycieczką samą w sobie, odpoczynkiem. Rozmaślam się na sam widok plątaniny szlaków tatrzańskich i stanowczych arterii warszawskich. W sklepach oczy od razu się świecą do nowej mapy Kaszub czy Beskidów. Mam po kilka planów tych samych obszarów, bo każdy pokazuje trochę co innego, jeden ma lepiej zaznaczone szlaki, inny nazwy ulic, jeszcze inny zabytki. Nie wiem, czy istnieje mapofilia, ale jeśli tak, to mnie wliczcie w poczet nią dotkniętych. I nie leczcie 🙂

Reklamy

Łańcuszki są głupie, ale ten nie aż tak ;)

TOP Lista książek, co mię ukształtowały na różnych etapach życia:

1. „Biblia w obrazkach dla najmłodszych” – te ilustracje! Wizje powstania świata, raj, opowieści biblijne, Mojżesz w koszyczku, drabina Jakubowa, do dziś mam je przed oczami. Plus tekst pisany dużym wyraźnym pismem.
2. „Choroby zakaźne i pasożytnicze u dzieci” H. Szczepańskiej – nie, nikt mi tego nie podsuwał do czytania, sama to wytrzasnęłam. Dużo chorowałam jako dzieciak, może stąd taka lektura. Fascynowały mnie opisy i zdjęcia objawów, bo w razie czego wiedziałam co mi jest. Hitem było wyszukiwanie chorób, na które chciałabym zachorować, żeby nie iść do szkoły Moim typem była ospa wietrzna, bo kładła do łóżka na 2 tygodnie i mogła dawać powikłania (więcej wolnego). Oczywiście, zachorowałam, ale… w czasie ferii
3. Atlas psów – nauczyłam się na pamięć danych o rasach i szpanowałam na spacerach, jak niektórzy faceci na widok aut, rzucając szczegółowymi informacjami. Oczywiście chciałam mieć psa i dokładnie sobie wybrałam którego
4. „My, dzieci z dworca Zoo” – kultowa książka pod koniec podstawówki, krążąca między znajomymi. Jaki miała na mnie wpływ? Możliwe, że za sprawą sugestywnych opisów skutecznie zniechęciła mnie do próbowania jakichkolwiek wciąganych, wstrzykiwanych czy palonych używek. Możliwe, że nie tylko.
5. Atlas ze 100 najsłynniejszymi obrazami świata – znaleziony na półce rodziców. Mimo że z czarno-białymi reprodukcjami, dzięki fascynującym interpretacjom rozbudził zainteresowanie sztuką i wyszukiwaniem ciekawostek.
6. „Krzyżacy” Sienkiewicza. W całości też, ale w szczególności scena samobójstwa Zygfryda. Cała ta mroczna wizja, ponura atmosfera mocno podziałały na wyobraźnię. I może to przygotowało grunt do kolejnego punktu:
7. „Legendarni i tragiczni, czyli eseje o polskich poetach przeklętych” Jana Marxa. – przykład idiotycznego dobierania książek-nagród na zakończenie roku. Dostał ją brat we wczesnej podstawówce i kurzyła się na półce, aż trafiła w moje ręce. Poświatowska mnie wzruszyła, Bursa był niezły, Ratoń przerażający itp. Zatrzymałam się przy Wojaczku. I wsiąkłam na dłużej. Parafrazując jego byłą narzeczoną „on mnie sobą zaraził”, swoim widzeniem świata, słowami, szaleństwem. A może to tkwiło we mnie wcześniej i czekało na wydobycie…? Rafał Apogeum przybrało pod koniec studiów, gdy wybrałam sobie temat mgr tak, żeby móc o nim pisać.
PS. Niedawno ktoś do mnie pisał cytatami z Wojaczka. Od razu rozpoznałam, po tylu latach!
8. „Sklepy cynamonowe” Brunona Schulza i Schulz w ogóle. Nie miałam pojęcia, że można robić TAKIE rzeczy ze słowami, opisami, wizjami. Każde zdanie otwierało mi mózg. Realizm magiczny – tak!
9. Tu nie wiem, jaki tytuł wrzucić, więc po prostu zrobię kategorię p.t. „Książki górskie” Nie pamiętam, co było pierwsze – kultowy przewodnik po Tatrach Nyki z opisami nie tylko szlaków? Tragiczny „Wszystko za Everest” Krakauera? Relacje z wypraw, czytane z wypiekami opisy zmagań z chorobą wysokościową, spadającymi rakami i własną słabością. Wspaniała szkoła życia, dowód, że człowiek MOŻE wbrew okolicznościom, a nawet wbrew sobie. Dziesiątki przeczytanych tytułów, a kilka najmocniejszych to „Przekroczyć horyzont” M.Wojciechowskiej (wola życia przenosi góry dosłownie), „Na bezdrożach tatrzańskich” M. Zaruskiego (zwyczajni niezwyczajni – ratownicy), „Śmierć na Nanga Parbat” von Kienlina i „Naga Góra” Messnera (o dramacie braci Messnerów z dwóch stron, co jest rzadkością w relacjach himalajskich) czy „Broad Peak. Niebo i piekło” Dobrocha i Wilczyńskiego (abstrahując od sensacyjnego medialnie tematu, świetne ujęcie psychologiczno-historyczne polskiego himalaizmu).
10. Trochę na przekór. „Jądro ciemności” aka „Heart of Darkness’ Józefa Josepha Conrada itp itd. Dowód na to, że niestety, są książki niestrawne niezależnie od wersji językowej.

Hobbysto, nie irytuj się!

– No nie, nikt takiej sukni nie nosił w XIX wieku!

– W książce było inaczej!

– Co za bzdura, w kosmosie nie można płakać, bo nie ma grawitacji.

Kto z nas nie zna takich wypadów do kina z ‚komentatorem’. Każdy ma swojego bzika i dostrzega jakieś odstępstwa w ramach znanej sobie tematyki. To jest nawet sympatyczne i szczerze podziwiam ludzi, którzy specjalizują się w jakiejś dziedzinie na tyle, że są w stanie wyłapywać rozbieżności. Mam koleżanki, które same projektują i szyją ubrania. To one zauważą, że zdobienie kapelusza jest nie z epoki albo że w danej kulturze nie nosi się takich butów. Są  też specjaliści książkowi, którzy za najmniejsze różnice między oryginałem pisanym a ekranizacją są gotowi mordować. Bo Bohaterka nie miała rudych włosów, tylko blond. Bo Bohater pali cygara a nie papierosy. A już nie daj boru oglądać cokolwiek z naukowcem bądź inżynierem. Dowiemy się, że film urąga prawom fizyki, chemii i biologii, obraża mechanikę i ogólnie przeszkadza osiągnąć stan skupienia.

W obecności takich osób szeptem sączących mi do ucha swoje uwagi przez cały seans, bądź wygłaszających całą ich listę potem, czuję się niekompetentna i naiwna. Bo jak to, niczego się nie czepiam, nie denerwuję się rękawiczką z aksamitu w ‚Nędznikach’ ani sposobem mówienia bohaterów ‚Czasu Honoru’. No nie denerwuję, bo … nie przeszkadza mi to. Może jestem mało uważna? A może po prostu tolerancyjna? Odbieram film bardzo umownie (wyjątkami są dokumenty, bo tam liczą się fakty) i rozrywki nie psują mi szczegóły. Może trochę śmieszy mnie zawsze nieskazitelny garnitur Jamesa Bonda czy przyciemniane okulary-lennonki na nosie bohaterki „Pana Tadeusza’ wg Wajdy, ale właśnie – śmieszy, nie irytuje. Co do ekranizacji – od dawna traktuję film jako oddzielne dzieło na KANWIE oryginału, przepuszczone przez filtr wyobraźni scenarzysty i reżysera. Nie sposób, żeby był wierną kopią książki!

Zaczęłam się zastanawiać, czy jestem kompletną dyletantką czy jest coś, na czym też się znam i mogłabym zabłysnąć w razie potrzeby. 😉 Ano jest. Interesują mnie góry i miasta.  Zauważę, że Wysoką gra Świnica, a zamiast K2 bohaterowie zdobywają Mount Kinley. Ale nie zrobię z tego afery, bo – właśnie – GRAJĄ. Tak samo jak aktor gra rolę, grają je miejsca wcielając się w inne.

Podchodzę do tematu  inaczej: zamiast się irytować nieścisłościami, cieszę się zauważając i odgadując znajome miejsca. Ot, choćby w „Układzie zamkniętym” z lubością śledziłam  spotkania bohaterów w zaułkach stoczni. Początkowe sceny „Sępa” rozwaliły mnie ujęciami Hali Koszyki. W reklamie sieci komórkowej rozpoznaję znajomy dworzec Warszawa Stadion, a w „Jacku Strongu” z uśmiechem rozszyfrowałam filmowy dom Kuklińskich (o ulicy Przyrynek pisałam kiedyś tu: http://kaarolcia26.pinger.pl/m/13402761 ).  W pasażu na ostatnim zdjęciu wpisu http://kaarolcia26.pinger.pl/m/10718866 swój pierwszy teledysk kręcił Dezerter, a o tropieniu praskiej ulicy z teledysku Pablopavo pisałam kilka wpisów temu.  Pewnym wyzwaniem było oglądanie „Czarnego czwartku” i „Wałęsy”, bo pokazują tereny mi znajome. Ale nie przeszkadza mi miejsce zamieszkania filmowego Lecha, wszak obecna Zaspa pokryta kwiatkami i muralami nie przypomina szarego blokowiska. No i nic chyba dziwnego, że jednym z moich ulubionych filmów jest „Warszawa”,  w którym bohaterowie snują się po mieście 🙂

Każdy ma swojego bzika, każdy swoje hobby ma. Fajnie się tym dzielić, ale denerwować – nie ma potrzeby!

A Wy macie jakieś swoje ‚bziki’ filmowe czy literackie, na które zwracacie uwagę?

Zdobywcy historii

Po wyprawie na Broad Peak. Wyprawie-sukcesie, bo udało się Polakom jako pierwszym ludziom w historii zdobyć ten szczyt zimą. Wyprawie-porażce, bo zginęło dwóch himalaistów.

Mocny, oszczędny w środkach, znakomity dokument.

Wyświetlany w ramach I Gdańskiego Festiwalu Górskiego. O którym więcej w następnym wpisie.