Niepokorni

Przypadkiem obiły mi się nausznie i naocznie dwa cytaty o naszej narodowej specyfice:

„Cenzor chciał ocenzurować tekst „Róbmy swoje”, widząc w tym nawoływanie do obalenia systemu. Spytałem, gdzie można się tu dopatrzyć takiego przesłania?

Cenzor: Dosłownie nic nie ma, ale każdy Polak ‚róbmy swoje’ rozumie jako ‚obalmy system'”

[Młynarski w Radiowej Jedynce, 12.04.2015]

„Polak lubi się stawiać, Nawet gdy dostaje po buzi, czuje się lepiej, kiedy się stawia Rosji i Brukseli niż gdyby siedział w kącie i mył się w tej ciepłej wodzie. […] Stawiający się wszystkim Kmicic ciągle się podoba znacznej części narodu.”

[Stefan Chwin]

I ja tę naszą ułańską fantazje lubię 🙂 A Wy?

Pochwała niesystematyczności

Podczytując blogi, zwróciłam uwagę, jak bardzo regularnie pojawiają się wpisy. Dotyczy to nie tylko czasu, ale też tematyki. Wpół do weekendu, Poniedziałki freelancera, niedziela o seksie. Fajnie, bo czytelnik wie, czego się spodziewać, a piszącego zmusza to do obowiązkowości. Aż poczułam wyrzuty sumienia, że sama tak nie robię. I co więcej, chyba nie zamierzam.

Porządki w sobotę, rosół w niedzielę. Nigdy tak u mnie nie było. Plan dnia dostosowywało się do pogody i czasu. A to spacer, a to długa wycieczka. Odrabianie lekcji na ostatnią chwilę, pisanie tekstów, gdy miałam natchnienie. Nawet wpisy w pamiętniku odzwierciedlają chaos, pojawiały się co dzień, potem po tygodniu, miesiącu. Myślałam, że z tego się wyrasta, że może dorosłość nauczy porządku. Ale nie. Nadal wiele na ostatnią chwilę, spontaniczne decyzje, wypady, projekty. Regularność odbieram jak klatkę, chodzenie w kieracie. Ograniczenie.

Owszem w pracy i pewnych aspektach życia muszę zachowywać pewien stały tryb. Ale blogi to pasja, nie obowiązek. Dlatego przepraszam zwiększające się grono czytelników, że nie znajdą ‚wtorków z awokado’, ‚sportowych sobót’ czy ‚środy z młotkiem’. Nie jestem programem telewizyjnym, nie polecam nastawiać według bloga kalendarza. Ale za to możecie się spodziewać … niespodzianek 🙂 Zdystansowanych ironicznych dialogów, długich wywnętrzeń, łatek cytatów.

Taka jestem. Taki jest mój blog 🙂

Wąchock Budyniowa Waterfront czyli wymów mi, gdzie mieszkasz

Inspirowane wpisem: https://wygodniej.wordpress.com/2013/09/23/alternatywy-4-a-nawet-wiecej-nazwy-osiedli-mieszkaniowych/

„Pamiętacie serial „Alternatywy 4″? A nowszy, „Dylematu 5″? Ja pierwszy znam na pamięć. Drugiego nie widziałam. Postanowiłam oszczędzić sobie rozczarowania. Nie tylko dlatego, że niełatwo dorównać Barei, ale i ze względu na tytuł nowej serii. Jest dla mnie niewiarygodny. Bo który deweloper nazwałby tak swoją inwestycję?

Jak producent powinien więc ochrzcić kontynuację „Alternatywy 4″? Najbardziej wiarygodne byłyby moim zdaniem „Dylematu Residence”, „Dillemme Park”, albo coś w rodzaju „Ursynów City”. Możliwości jest dużo. Nazwy można budować, jak wieże z klocków, nomen omen, „Dylematu Tower”, też brzmiałoby nieźle. Grunt, żeby w określeniu znalazło się jakieś nobilitujące słowo.”

Właśnie u nas, na Wybrzeżu mamy zalew: ‚Wróbla Staw’ (że staw wróbla? Dlaczego w takim dziwnym szyku?) Central Park – od razu widzę Carrie Bradshaw z kubkiem Starbunia; Sokółka Zielenisz (nazwiska? pytanie?: te, sokółka, zielenisz czy nie zielenisz?), Chmielna Office Point, Olivia Gate (jak może być Watergate).

Najbardziej dobitnym przykładem zwariowania w kwestii nazewnictwa jest zmiana rozbudowywanego właśnie centrum handlowego w Gdyni. Miał się nazywać CH Wzgórze (od dzielnicy Wzgórze Św. Maksymiliana), a będzie – RIVIERA. Bo ktoś stwierdził, że tak łatwiej będzie czytać obcokrajowcom… Fakt, ‚wzgórze’ to pułapka językowa, ale yyy… nie mieszkamy w POLSCE przypadkiem?

Uważam, ze nasi przodkowie byli zdecydowanie krótkowzroczni i mało światowi. Jaki Zamek Królewski, jakie Łazienki czy Złota Brama? Golden Gate (od razu odpowiednie amerykańskie konotacje), the Bath City Centre i Royal Residence. Full wypas 🙂

A Wy jakie znacie oryginalne nazwy osiedli?

Minus dziesięć, plus dwa

2 dni później, w poniedziałek 4.04 w gazetach królował jeden temat. Przykro mi dziś czytać na niektórych portalach „e tam, ekscytujemy się Wojtyłą tylko dlatego że był Polakiem, a poza tym i faktem, że długo był papieżem, niczym się nie wyróżniał, za granicą to wiedzą”. No więc… nie do końca, skoro taki tytuł nosił główny tekst w absolutnie nieprawicowej gazecie. DSC06859Okładki. Pewne proporcje zostały jednak zachowane, gazeta lokalna na pierwszym miejscu pisała o poparciu dla organizacji Olimpiady w mieście  😉DSC06860Nie mogło zabraknąć relacji z Polski. Swoją drogą, małe spostrzeżenie dziennikarskie – tak właśnie wygląda jeden z etapów „cytowania zagranicznej prasy”. Korespondent z Polski rozmawia z przechodniami, dziennikarzami polskimi. Potem zostaje to zamieszczone w obcojęzycznym artykule. Następnie polscy dziennikarze, dla poparcia swoich teorii, wyciągają cytat z takiego tekstu, mówiąc, że „nawet zagraniczna prasa uważa tak jak my”. A tak naprawdę to cytat ich własnego kolegi z redakcji, tylko że w obcym języku… DSC06864Trzymam parę takich wycinków z różnych okazji, bo to potem cenna pamiątka. Teraz jest net, można zajrzeć do archiwum portalu, ale takie okładki mają wartość sentymentalną. Szczególnie po tym, jak niedawno znalazłam całą teczkę takich wycinków należącą do dziadka.

EDIT W sumie niegłupie z tą Olimpiadą, papież lubił sport 😉

Dziesięć lat później

DSC06857

Dużo emocji w tym tekście. Teraz pewnie dużo bym zmieniła. Kilka przemyśleń, wtedy kiełkujących, zakorzeniło się przez te 10 lat. Wtedy, pisany na gorąco, przedstawiał wiernie właśnie takie mocne emocje. I takim go zostawiam.

– Ojciec święty Jan Paweł Drugi umiera – to pierwsze słowa, jakie padły z głośników radiowych. Cały autokar zamarł, ludzie przestali czytać gazety. Zaległa cisza, przerywana tylko śmiechem nic nierozumiejących obcokrajowców. Wracałam z domu do Salzburga, gdzie od dwóch miesięcy studiowałam. Autokar wyjeżdżał z Krakowa w piątek 1 kwietnia o godzinie 20 przy gwarze podekscytowanych podróżą dzieci, szeleście chrupek i cichym szumie discmanów. Godzinę później nasłuchiwaliśmy ze łzami w oczach kolejnych doniesień o stanie zdrowia Papieża, aż za granicą skończył się zasięg polskiego radia. Za oknem wyłaniały się i ginęły w mroku drogowskazy będące swoistym obrazem dla komentarzy radiowych: „Oświęcim modli się o zdrowie Ojca Świętego”, „w Wadowicach tłumy pod domem Karola Wojtyły”. Chwilami chciałam wysiąść…

Rano dojechaliśmy na miejsce. Piękna pogoda, magnolie w pełni rozkwitu. Naprzeciwko mojego akademika był kościół, więc poszłam się pomodlić na chwilę, jeszcze z plecakiem. Wieczorem się rozpakowywałam. W pewnym momencie zaniepokoiło mnie przeciągające się bicie dzwonów. Włączyłam radio, była godzina 22: „Johannes Paulus der Zweite, Karol Wojtyla, der Papst ist tot.” Pobiegłam do telefonu, myśląc, że może coś źle zrozumiałam, ale mama drżącym głosem potwierdziła tę wiadomość. W pokoju usiadłam na podłodze i rozpłakałam się. Tak zastał mnie kolega, który wpadł spytać, czy nie zagram z nim w karty. Był Rosjaninem, prawosławnym, więc nie bardzo rozumiał, o co mi chodzi. Ale mój widok, płaczącej w środku góry wypakowywanych rzeczy, zaniepokoił go. Przez chwilę stał bezradnie, potem mnie przytulił, zrobił herbatę, coś do jedzenia i poprosił, żebym mu dokładnie opowiedziała, co mną tak wstrząsnęło. Siedzieliśmy tak do rana.

W niedzielę weszłam w internet. Widok czarnych witryn złapał mnie za gardło. Obok kilku chłopaków zarykiwało się ze śmiechu, oglądając jakieś śmieszne zdjęcia. To był pierwszy raz, kiedy uświadomiłam sobie tak dobitnie, że jestem w obcym kraju. Przez kilka kolejnych dni trudno mi było uwierzyć, że Austria jest państwem katolickim. Codzienność tworzyły hałaśliwe wycieczki włoskie, imprezy, pikniki. Komentarze znajomych z akademika: „Ja myślałem, że on już dawno nie żyje” (Kirgiz), „Stary był, to naturalne, że umarł” (Turek), „To przykre, a idziesz jutro na grilla?” (Szwedka). Tylko czarne flagi na wieżach kościołów przypominały, że coś się zdarzyło. W katedrze coraz więcej zniczy pod portretem Jana Pawła II. Świeca w oknie o 21.37.

Codziennie przesiadywałam w internecie, żeby czuć choć namiastkę tego, co działo się w kraju. W moim kraju. Wtedy, jak nigdy przedtem, zrozumiałam znaczenie słów ‚ojczyzna’, ‚rodacy’. W obcym mieście Polacy lgnęli do siebie, bo czuliśmy, że to jest szczególnie „nasz” moment, nasza historia. Przeprowadziliśmy wiele rozmów, żeby wytłumaczyć, także sobie, kim właściwie był i czemu tak przeżywamy. Odpowiedź na proste pytanie obcokrajowca „a kto to właściwie był ten papież i co takiego zrobił?” zmusiło nas, by poszukać informacji na jego temat, po tym jak zawsze brało się dokonania JPII za coś oczywistego. Choć żałuję, że ominęło mnie to, co Polacy przeżywali w kraju, to jednak sądzę, że moja obecność w tamtym miejscu miała swój głęboki sens. Może dzięki temu niektórzy zauważyli, że Coś się stało?

**************************************************************************

3 dni później po długiej chorobie odszedł mój pies. Śmialiśmy się przez łzy, że Papież potrzebował psa, towarzysza wycieczek na Niebieskich Łąkach.

[Obszerne fragmenty ukazały się w wydawnictwie Gazety Wyborczej „Byliśmy z nim”, z 2006 roku]