Jakieś 20 lat temu latem, nad jeziorem.  Zbliżają się moje imieniny, mama pyta, co chcę dostać.

„Taki zespół Hey jest, pisany przez ‚y’. Nie wiem, którą kasetę, bo wydali dwie. Może obie? Wtedy już o nic nie poproszę na urodziny” – proszę chytrze. Mama się nie zgadza, więc decyduję się na pierwszą chronologicznie kasetę „Fire”.

Imieniny. Odpalamy z bratem kaseciaka. Niecierpliwe oczekiwanie, aż zacznie się piosenka. Czy spodoba mi się ten zespół? Czy nie pożałuję swojej decyzji, podjętej na podstawie kilku piosenek zasłyszanych w radiu?

I wtedy usłyszałam ten utwór.

Hey został ze mną na zawsze. Każda piosenka to inny kawałek mojego życia, jakiś jego moment, wzruszenie. Niemal coroczne chodzenie na koncert, aż znam setlistę na pamięć, rozczarowanie: odejściem Piotra Banacha, zmianą chropawego brzmienia i sposobu śpiewania Nosowskiej. Radość nową płytą (Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan).

Ścieżka dźwiękowa mojego życia.

A zaczęło się od tego riffu. Strona pierwsza, utwór 1 „One of them”