Ale jak to – sama?

Takie pytanie usłyszałam, gdy powiedziałam o planach wakacyjnych – że zamierzam ich część przeznaczyć na samotny wypad w Polskę. I zaraz posypały się następne:

– A co na to  Twój Mężczyzna?

– Ja bym tak nie mogła, z kimś trzeba rozmawiać. 

– No ale co Ty będziesz tak sama robić?

– A nie będzie Ci smutno / nudno?

Trochę się uspokoili, gdy dodałam, że będę spotykać się ze znajomymi. Zrozumiano to opacznie – że większość czasu będę z kimś, co jest nieprawdą, ale nie chciałam już wyprowadzać z błędu.

No więc skąd ten pomysł?

Pierwszy raz to wypad wiele lat temu na Podlasie. Spędziłam tydzień w miejscowości, gdzie psy spuszczano wieczorami z łańcuchów na ulice, żeby się wybiegały. Pojechałam tam, bo poznałam przez internet sympatyczną dziewczynę, która ciekawie opowiadała o rodzinnych stronach. Cerkwie, synagogi, żywa scenografia z „U Pana Boga za piecem”. Satysfakcja z samodzielnie znalezionego noclegu, radość ze znajdowanych perełek, a przede wszystkim – poczucie wolności. To uzależnia!

Kilka lat temu większy wypad, już na dłużej, który opisałam na swoim blogu fotograficznym. Inspiracja? Poznanie kilku ciekawych osób właśnie przez ten blog i trasa ułożona pod ich miejsca zamieszkania – obejmująca kawałek centralnej i południowej Polski.  W tym roku ‚powód’ jeszcze bardziej odpalony – koncert artystki, którą słyszałam raz w życiu w radio.

No więc co ja tam będę robić?

Oglądam, zwiedzam, obserwuję. Robię zdjęcia. Łażę po miejscach, gdzie nikt inny by ze mną nie wlazł, bo często leżą z dala od traktów turystycznych, a bliżej kartotek policyjnych. Wypróbowuję miejsca kulinarne i imprezowe. Czasem po prostu siedzę na ławce i przyglądam się ludziom i światu. Tak, z ludźmi też się czasem spotykam, ale nie oni są sensem tego wyjazdu.

Ale czemu SAMA??

Bo jestem dorosła, mam czas i pieniądze – tak często odpowiadam humorystycznie. Poczucie wolności – to jest chyba najważniejsze. Na co dzień idę na kompromisy, słucham innych, wczuwam się. Gdy jestem z kimś, strasznie przejmuję się, czy ta osoba dobrze się bawi, nie nudzi, więc najczęściej ustępuję albo gryzę się, czy moja decyzja jest dla drugiej strony równie ciekawa jak dla mnie.  Zamieram na widok zmarszczonego czoła, ściągniętych brwi czy skrzywionej twarzy.

Gdy wyjeżdżam, to ja decyduję, gdzie idę, co robię i po co. Sama odpowiadam za swoje wybory. Walczę z głosem podpowiadającym ‚powinnaś’, ‚nie zdążysz’, bo nawet jeśli – to co z tego? To ja stracę i tylko ja. Nie, nie nudzę się ze sobą, nie ma takiej opcji, gdy jestem otoczona światem, tak przecież fascynującym! Uwielbiam momenty szybkich decyzji: a teraz skręcę w tę ulicę, bo ciekawie wygląda; zjem sobie w tej knajpie, bo ma miły wystrój. Ludzie? Tak, czasem poznaję, spytam o drogę albo opinię, ktoś opowiada mi o swojej kamienicy, inny zagada z jakąś historią. Ale nie oni są tu głównym celem, więc nie nawiązuję żadnych znajomości. Raczej nawiązuję znajomość z miejscami, wgryzam się w nie, czuję je, wdycham.  I ze sobą. Uczę się siebie, co lubię, co mi sprawa przyjemność, co interesuje. Słucham, kiedy jestem zmęczona, głodna – nie dostrajając się do fal innych, co zwykle robię.  Nie patrzę na siebie i świat przez potrzeby innych ludzi, ich oczekiwania i wybory.  Tak, to trochę psychoterapia.

Gdy wracam, czuję się jakby wypełniona. W stu procentach sobą. Znowu mogę siebie rozdawać. Za jakiś czas kolejny wypad i uzupełnienie energii. 🙂